english version

Wiesława StefańskaDzieciństwo spędziłam na wsi, moi rodzice mieszkali wówczas w Zbydniowie, wsi leżącej niedaleko Sandomierza. Dom, w którym mieszkaliśmy kupił dziadek, ojciec mojej matki. Dziadek był policjantem. Zamordowali go Sowieci w Miednoje w 1940 roku. Babcia została z dwojgiem dzieci, nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Cały czas szukała dziadka przez Czerwony Krzyż. Zmarła w 1972 roku, zanim ujawniono zbrodnię katyńską.

Ojciec miał liczne rodzeństwo, dziadków nie pamiętam, gdyż wyjechaliśmy ze Zbydniowa gdy miałam trzy lata. Mama pracowała zawodowo i wraz z babcią prowadziły dom. Ojciec był meliorantem, w związku z tym przeprowadzaliśmy się dwukrotnie. Kochał las, przestrzeń i motory. Pamiętam z dzieciństwa duży, ciężki motocykl „Junak”, którym jeździł.

Mam młodsze rodzeństwo - brata i dwie siostry. Jestem wdową, syn jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, instytutów religioznawstwa i historii. Mąż Wiesław był urzędnikiem z duszą artysty grał na skrzypcach, pisał wiersze do kilku skomponował melodię, powstały piosenki, które wykonywał akompaniując sobie na pianinie. Jeden z wierszy w 2002r został nagrodzony pierwszym miejscem w konkursie poetyckim „Rynna” przy ul. Gołębiej 3 w Krakowie i publikowany w Gazecie Wyborczej w dziale Kultura z komentarzem Leszka Długosza:

Co za niespodzianka! Są jednak w naszym Mieście mężczyźni, którzy o miłości potrafią pisać tak pięknie. Składać wiersz, rzec można, na sposób staroświecki, a przecież śmiało. Z pomysłowością, a zarazem prosto, delikatnie i czule. Brawo! Oto ten sonet:

                Jest w tobie smutny spokój papierowej róży
                i jesteś taka śliczna z kłębkiem mroku w ręce
                co rozmierzcha błękitnie po twojej sukience
                alfabetem milczenia wokół twarzy smuży

                Więc zanurzam w ten błękit czujnie chłonne serce

                i pęcznieje boleśnie od takiej pieszczoty
                a wszystkie niepotrzebne rozstania powroty
                płoną w naszej pamięci jak rzeźbione świece

                gdzie twój bezpieczny spokój różo papierowa
                poszła z dymem sukienka i już jesteś naga
                wnet rozpocznie się dłoni misterna rozmowa
                gdy zgaśnie w twoich oczach błękitna ballada
                jak czerwone zwierzątka każde nasze kocham
                będą się przez gęstwinę pocałunków skradać

                                                            Wiesław Stefański

Po wyjeździe ze Zbydniowa zamieszkaliśmy w Radłowie, wsi niedaleko Tarnowa. Tam spędziłam dzieciństwo wśród pól, łąk, lasu i zabytków. We wsi stoi murowany kościół, którego początki sięgają XIV wieku, jest rynek z zabudową i dwór klasycystyczny z poł. XIX wieku w rozległym parku z malowniczym stawem teraz zaniedbanym. Był też młyn i tartak. Całe to otoczenie miało wpływ na moje postrzeganie świata choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Właśnie tam, mając niespełna osiem lat, rozglądając się po zabytkowym wnętrzu kościoła, marzyłam o pracy w kościele, ale nie chciałam być zakonnicą.

Potem przeprowadziliśmy się do Tarnowa, miasta pełnego zabytków. Tam ukończyłam Liceum Plastyczne - ciche marzenie mojej mamy, nadmienię, że oboje rodzice mieli zdolności plastyczne. Z tego okresu mam najlepsze wspomnienia. W naszym domu było dużo książek, rodzice i babcia dużo czytali, chodziliśmy do teatru, bo w Tarnowie jest teatr. Liceum opiekowało się XVI wiecznym dworem w Jeżowie z unikalną polichromią krajobrazową we wnętrzu. Jeździliśmy tam małą grupą pod nazwą „Girlanda” nawiązującą do motywu dekoracyjnego fryzu w jednej z sal dworu. Grupą opiekował się nauczyciel historii sztuki, malarz i poeta Wiesław Röhrenschef. Miał on duży wpływ na nas; rozbudzał naszą wyobraźnię i pogłębiał zainteresowanie sztuką, zabytkami i poezją.

Po maturze zdawałam na historię sztuki i na architekturę, lecz bez powodzenia.
Nie myślałam wtedy o Akademii Sztuk Pięknych. Zaczęłam pracować jako tkaczka w tarnowskiej filii Spółdzielni Rękodzieła Ludowego i Artystycznego im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Tkaliśmy gobeliny i kilimy według projektów krakowskich artystów. Tam zainteresowała się mną malarka Marta Łopuszyńska-Pietuch i to ona zachęciła mnie do zdawania egzaminów wstępnych w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, ale nie na malarstwo, tylko na Wydział Konserwacji Dzieł Sztuki.
Jest to kierunek studiów mający długą tradycję i bardzo dobrą renomę; mówi się nawet o krakowskiej szkole konserwacji. Wysoki poziom zawdzięcza wybitnej kadrze wykładowców, będących zarazem praktykującymi konserwatorami dzieł sztuki, łączącymi wiedzę i praktykę z umiejętnym przekazywaniem tego kolejnym pokoleniom studentów.
W trakcie studiów przyszli konserwatorzy otrzymują wszechstronne wykształcenie. Mają wykłady z historii sztuki, chemii, fizyki, mikrobiologii, ale też technik malarskich i rzeźbiarskich, wykonują kopie dzieł w charakterystycznej dla danej epoki technice i technologii, mają również zajęcia z rysunku i malarstwa bądź rzeźby. Dzięki tym zajęciom pogłębiają swoje umiejętności, rozwijają swój talent, bywa, że wielu podejmuje trud uprawiania własnej twórczości. Ja zrobiłam dyplom z konserwacji malarstwa ściennego u prof. Władysława Zalewskiego i po studiach moim głównym zajęciem była konserwacja polichromii ściennych. Po otrzymaniu dyplomu magisterskiego w ASP zaczęłam pracować w P.P. Pracownie Konserwacji Zabytków, Oddział w Krakowie. Tak zaczęło się spełniać moje marzenie z dzieciństwa.

Pierwszą pracą była konserwacja polichromii ściennej w drewnianym kościele w Osieku koło Oświęcimia, potem udział w pracach przy konserwacji stropów drewnianych „czarnej kamienicy” w stolicy Estonii - Tallinie, barokowych polichromii w kościele klasztornym w Jasowie na Słowacji oraz malarstwa sztalugowego. W P.P. PKZ przepracowałam cztery lata, po czym zaczęłam samodzielną działalność konserwatorską, restaurując kompleksowo kaplice boczne w Bazylice Mariackiej w Krakowie. W kościele tym spędziłam szesnaście lat swojego życia zawodowego, pracując również w innych obiektach zarówno sakralnych, jak i świeckich.
W moim dorobku są prace konserwatorskie takich obiektów Krakowa, jak barokowa polichromia sklepienia Kaplicy Włoskiej w klasztorze OO. Franciszkanów, polichromia na sufitach klatek schodowych w Teatrze im. J. Słowackiego, polichromie w Willi Decjusza, w Sali Obrad i korytarzu prezydenckim Urzędu Miasta Krakowa, dekoracje malarskie na sufitach sal w Collegium Novum UJ , polichromia w Starej Bożnicy na krakowskim Kazimierzu, w pałacu bpa Erazma Ciołka przy ul. Kanoniczej, kaplica domowa w dawnym pałacu hr. Pusłowskich, a także polichromie w kamienicach krakowskich przy ul. św. Tomasza 20, Mikołajskiej 18, Zwierzynieckiej 7, św. Anny 3, Kanoniczej 9,oraz stropu belkowego z XVII-wieczną polichromią roślinno-figuralną z inskrypcjami łacińskimi na ul. Floriańskiej 19.

W 2007r.w pałacu Pod Krzysztofory podczas prac remontowych odsłonięto niedokończony fryz podstropowy ukryty pomiędzy podłogą a sufitem na drugim piętrze w skrzydle zachodnim ,stał się on zagadką zarówno dla historyków jak i konserwatorów. Trzeba było go nie tylko zabezpieczyć i wykonać niezbędne zabiegi techniczne, ale ustalić kiedy powstał z czyjej inicjatywy i dlaczego został niedokończony. Publikacja na ten temat i próba wyjaśnienia zagadki znajduje się „Zeszytach Naukowych Muzeum Historycznego Miasta Krakowa – Krzysztofory” nr. 30 wydanych w 2012r.
Poza Krakowem konserwowałam ołtarz marmurowy i epitafia z XVII w. w kaplicy św. Stanisława w kościele św. Michała w Chrzanowie, polichromię w kolegiacie OO. Jezuitów w Jarosławiu .

W Opolu w kościele św. Trójcy OO. Franciszkanów odkryłam i konserwowałam polichromię z pocz. XVI w. na sklepieniu kaplicy św. Anny, przedstawiającej herby Piastów Śląskich powiązanych z rodem Hohenzollernów Brandenburskich w otoczeniu bogatej ornamentyki roślinnej i towarzyszących im muzykujących aniołów. Było to odkrycie konserwatorskie ,a przy współpracy z heraldykiem panem Romanem Sękowskim z Opola udało się datować polichromię i powiązać z przebudową kaplicy grobowej Piastów opolskich przez księcia Jana II Dobrego .Około 1515r.kaplica była gotowa jak informuje wizytacja prowincjała franciszkanów w kaplicy była polichromia i dwa ołtarze marmurowe stanowiące prawdopodobnie nagrobki ołtarzowe z kryptami rodziców, co potwierdza układ herbów na sklepieniu z typowym podziałem na stronę ojca [Piastów opolskich-heraldycznie prawą] i matki [Piastów brzeskich-heraldycznie lewą]. Dodatkową trudność sprawiała konieczność zachowania fragmentów XVIII w. polichromii tak aby je można było odróżnić nie zaburzając czytelności polichromii renesansowej.

Kolejną pracą była konserwacja i rekonstrukcja bogatej w ornamenty polichromii z 1945r.w kościele św. Antoniego w Koziegłówkach i odkrycie obrazu Matki Boskiej typu piekarskiego zasłoniętej piękną koralową koszulką z 1919r.jak się okazało po przeprowadzeniu badań na ASP w Krakowie ,obraz był pierwotnie obrazem ołtarzowym z dwoma patronami pierwszego kościoła św. Wojciechem i Mikołajem wybudowanym w XV w. obciętym po bokach i przemalowanym.

Poza granicami kraju brałam udział w pracach przy polichromowanym stropie kasetonowym z1913r.w Sali modlitwy Judische Waisenhaus w Berlinie.
Oprócz tego konserwowałam kilkadziesiąt obrazów sztalugowych z różnych epok na różnych podłożach: płóciennym, drewnianym, metalowym i na tekturze, również ołtarz drewniany rzeźbiony, św. Stanisława, przypisywany synowi Wita Stwosza - Stanisławowi w kaplicy nad kruchtą płd. w Bazylice Mariackiej, gdzie kompleksowe prace obejmowały prócz polichromii na ścianach i sklepieniach, także ołtarze marmurowe i drewniane, epitafia, obrazy i rzeźby.

W tym czasie nawiązałam współpracę z firmą Pana Romana Bobickiego, zajmującą się konserwacją zabytkowych i produkcją nowych elementów z żelaza.
Współpraca zaczęła się od złocenia zabytkowych detali, następnie odtworzenia - na podstawie przeprowadzonych badań konserwatorskich - polichromii i złoceń na XVI w. kracie żelaznej w Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu, fundacji Anny Jagiellonki, malowanej malachitem i cynobrem, prace przy konserwacji XVII w. kraty mosiężnej z kaplicy Wazów, odtworzenie oryginalnej kolorystyki drzwi południowych katedry wawelskiej, ufundowanych przez króla Kazimierza Wielkiego, podobnie jak drzwi głównych. Prace były poprzedzone żmudnymi badaniami, które ujawniły, zielony kolor wykonany malachitem. Rekonstruowana była również oryginalna kolorystyka XVII w. kraty z medalionami przedstawiającymi symbole męki Pańskiej w Kaplicy Branickich w kościele śś. Piotra i Pawła w Krakowie i w zakrystii Bazyliki Mariackiej, także malowanych malachitem ze złoceniami.

Konsekwencją była aranżacja kolorystyczna i polichromowanie nowych elementów dekoracyjnych balustrad, bram i krat okiennych wykonywanych z żelaza na indywidualne zamówienia, było to nowe doświadczenie artystyczne związane ze sztuką użytkową. gdzie gotowe, często seryjne wzory, po wprowadzeniu koloru w sposób malarski, zmieniały się w niepowtarzalny sposób.

Przez cały czas wykonywania pracy zawodowej uprawiałam własne malarstwo. Samo podążanie za myślą innych artystów nie wystarczało - chciałam przekazywać swoje wrażenia i odczuwanie piękna, wrażliwość na kolor i światło. Pierwszy raz wystawiłam swoje obrazy w 1993 r. na indywidualnej wystawie wraz z koleżanką, malarką i konserwatorką, profesorem ASP - Grażyną Korpal. Właściwie była to jej inicjatywa. Pojechałyśmy ze swoimi obrazami do Königstein koło Frankfurtu nad Menem, gdzie miał galerię brat mojego męża, wybitny muzyk, perkusista jazzowy i kompozytor Janusz Stefański, osiadły w Niemczech na stałe.

Kolejne wystawy miały miejsce w Tarnowie w 1995r. oraz w Krakowie w latach 1995,1999,2001 w nieistniejącej już galerii Kocioł Artystyczny. W 2000 i 2013r. miała miejsce wystawa w Sułkowicach w galerii Internat, w 2007r.w galerii Zaułek i w 2013r.w Galerii Floriańska 22 w Krakowie. Udział w wystawach zbiorowych w latach 1993-1999 wiązał się z organizowanymi przez ZPAP, Salonami wiosennym i jesiennym oraz Mały obraz, a w 2011r.udział w wielkiej wystawie w Pałacu Sztuki z okazji 100-lecia krakowskiego oddziału ZPAP.W 1998 roku, w programie TVP z cyklu Portrety pod redakcją Ewy Święs –Kucybały, rozmowę poprowadził śp. artysta malarz Zbylut Grzywacz.

Nigdy nie myślałam o malowaniu obrazów religijnych, aż do momentu, gdy dostałam zamówienie na dwa obrazy do nowo wybudowanej kaplicy przy Domu Opieki dla Dorosłych w Iwoniczu, prowadzonym przez OO. Bonifratrów. Była to inicjatywa Pana Leszka Heine, który projektował i wykonywał tam witraże. Zgodziłam się, choć nie bez wahania. Jeden obraz przedstawiał św. Jana Bożego, opiekuna chorych, którego wizerunek oparty był na XIX w. hiszpańskiej rzeźbie drewnianej. Drugi obraz przedstawiał Ukrzyżowanego Chrystusa, wzorowanego na XVII w. rzeźbie z kościoła w Zebrzydowicach koło Kalwarii. Do Iwonicza pojechałam z Leszkiem Heine, aby na miejscu ustalić szczegóły a po drodze wstąpiliśmy do Jarosławia, gdzie w kolegiacie Bożego Ciała Leszek miał wykonywać witraże; tam okazało się, że jest do konserwacji polichromia ścienna. Ks. Proboszcz Aleksander Kustra od jakiegoś czasu nosił się z zamiarem konserwacji malowidła i po krótkiej rozmowie podjął decyzję: „robimy”.
Efektem tej znajomości były nie tylko prace konserwatorskie, ale zamówienie do kościoła dwóch obrazów olejnych na płótnie. Pierwszy przedstawiał Królową Jadwigę modlącą się przed krzyżem, na podstawie obrazu P. Stachiewicza, drugi obraz przedstawiał bł. O. Michała Czartoryskiego, patrona Jarosławia, który zginął w Powstaniu Warszawskim opiekując się chorymi. Namalowałam też obraz do chorągwi procesyjnej przedstawiający Matkę Bożą Oblubienicę Ducha Świętego.Tuż przed swoim odejściem na emeryturę ksiądz A. Kustra zamówił polichromię ścienną „Zwiastowanie” i „Zesłanie Ducha Świętego”, która namalowana została we wnękach ścian nad stallami w prezbiterium kościoła, w 2006 roku.. Było to wielkie wyzwanie i nowe doświadczenie artystyczne.

Moje malarstwo przechodziło - i dalej przechodzi - kolejne etapy. Tematyka obrazów rozszerza się, oprócz stałych tematów martwej natury i pejzaży, są też portrety i akty kobiece. Pejzaż też przechodził różne okresy; początkowo tematem była tylko przyroda, fascynacja zielenią, wodą, potem także architektura. Jest to związane z moimi podróżami po Europie ze Stowarzyszeniem Historyków Sztuki. Po każdej takiej wycieczce powstaje kilka obrazów.
Ciągle myślę, że jestem na początku drogi, dalej jestem zdziwiona tematami, jakich się podejmuję, co powoduje, że nie popadam w rutynę, ani nie ulegam modom. Dewizą mojego myślenia o malarstwie jest przekazywanie piękna otaczającej mnie rzeczywistości, nie chcę szokować ani epatować brzydotą - nie leży to w mojej naturze. Chcę, by moje obrazy wzbudzały pozytywne emocje, wprowadzały spokój, może zadumę, żeby oddziaływały zarówno kolorem, jak i kompozycją.
Jestem zauroczona malarstwem impresjonistów i ekspresjonistów francuskich, zachwyca mnie malarstwo fowistów, ale też portrety sarmackie, ukazujące niekiedy brzydotę portretowanych i braki warsztatowe malarzy, a mimo to fascynujące. Piękne są ludowe obrazy świętych, bardzo dekoracyjne i kolorowe, podobnie jak ludowe, malowane meble. Urzekło mnie malarstwo Rafała Malczewskiego i jego operowanie światłem, a nade wszystko polscy koloryści, a wśród nich Jan Cybis, Jan Szancenbach, Juliusz Joniak, których podziwiam za lekkie kładzenie farby na płótno, ekspresję, za kolor i pogodny nastrój, jaki wprowadzają zarówno martwe natury, jak i pejzaże. Dla mnie takie malarstwo jest ponadczasowe.
Nadal odkrywam malarzy, których obrazy mnie zachwycają i inspirują do dalszej pracy. Przedstawiony w skrócie dorobek artystyczny i konserwatorski ilustruje powiązanie, ale też pogodzenie własnej twórczości z odtwórczym działaniem i wczuwaniem się w warsztat innego malarza, szacunek i pokora w stosunku do oryginału, wykonanego ręką innego artysty i łączenie tych doświadczeń z oryginalnością własnego malarstwa.



Strona główna